KONNO PRZEZ STEPY

Galopując konno przez stepy czułam wiatr we włosach i... wolność

NIEPOKORNOŚĆ - KONNO PRZEZ STEPY

Dwóch moich turystów wykupiło sobie jazdę konną po stepach. Ona jeździ konno od dziecka, on przygotowywał się do tej wyprawy od października zeszłego roku, a ja przez dwa dni przygotowywałam swoją psychikę, że dam radę. Wola jazdy była silniejsza niż strach przed bólem i porażką. Postanowiłam się przyłączyć. Poprosiłam swoją agencję o dokupienie mi ubezpieczenia od sportów ekstremalnych. 10 lat minęło odkąd przestałam jeździć. Trasa miała trwać 8 h. Zaryzykowałam.

Nasz lokalny przewodnik pytał się mnie kilkukrotnie czy na pewno chcemy 8h bo turyści jeżdżą tylko 4h i to im wystarcza. Potwierdziłam, że jestem pewna 8h i z pełną świadomością na to się decydujemy. Wszyscy turyści konni jechali w prawo, a my pojechaliśmy w lewo - w totalną dzicz.

Konie były super. Widoki piękne. Radość, euforia, ekscytacja... pierwsza godzina minęła jak 5 min. Było cudnie. Nauczyłam się robić zdjęcia jedną ręką podczas jazdy konnej :)

Po trzech godzinach zrobiliśmy przerwę. Jechaliśmy dotychczas dość wolno bo dużo zdjęć robiliśmy. Było dość gorąco, ale w ogóle zmęczenia nie czuliśmy. Czuliśmy za to niedosyt. Zadzwoniliśmy do naszego tłumacza, że chcemy po dzikich stepach galopować. Widzieliśmy po naszym przewodniku, że nie jest przygotowany na tak długą ekskursję i cała nasza wyprawa to czysta improwizacja.

Przejechaliśmy przez rzekę, pojechaliśmy za górę, zaczęły się dzikie stepy... żadnych ludzi, tylko przyroda. Gdzieniegdzie spotykaliśmy kości zmarłych zwierząt. Galopowaliśmy tak przez niemalże dwie godziny. Słońce schowało się za chmury, lekko kropiło... cudnie! Wiatr we włosach, uczucie wolności, uwielbiam to!

W siódmej godzinie zatrzymaliśmy się na rzeką, aby napoić konie. Zaczynałam powoli odczuwać ból nóg. No ale jeszcze godzina i koniec. Dam radę. Myśleliśmy, że robimy kółko i z drugiej strony góry wyjedziemy. Nic bardziej mylnego- wracaliśmy tą samą drogą.

Ósma godzina. Zaczynam mieć kryzys. Nogi coraz bardziej mnie bolą. Cały czas oddalamy się od naszego obozu. Nie możemy przedostać się przez rzekę. Coraz mocniej pada. Coraz zimnie. Poziom wody unosi się z każdą minutą. Błądzimy.

Zatrzymaliśmy się nad brzegiem rzeki. Szerokość ok 20-30 metrów. Duży nurt. Nie wiemy jak głęboko. Nasz przewodnik nie wie co robić. Podjeżdża raz, wraca się. My stoimy. Podjeżdża i próbuje drugi raz, cofa się. My stoimy. Było mi już wszystko jedno. Rzuciłam hasło, że jedziemy. Spojrzał się na nas, z Iloną kiwnęłyśmy, że tak. On pierwszy poszedł. Zaczęło go znosić. Podjechał do nas inny Mongol i pociągną mojego i Ilony konia. Przedzieraliśmy się ładnych parę minut. Prąd był silny. Koń próbował utrzymać równowagę, a ja próbowałam nie spać z siodła. Było głęboko. Woda podeszła mi na wysokość miednicy. Była zimna. Trzymała mnie adrenalina. Szczęśliwie przebrnęliśmy.

Zaczęła się dziewiąta godzina. Ściemnia się. Jest coraz zimnie. Pada. Jesteśmy cali mokrzy. Nogi mi zmarzły. Dzięki temu poziom bólu obniżył się. Mogłam jechać dalej. Najważniejsze, że wiedziałam gdzie jestem. Wiedziałam, że zostało nam jakieś 2-3 godzin do naszego obozu.

Nagle nasz przewodnik zaniemógł i zsiadł z konia. Zrobiliśmy krótki postój. Było za zimno, aby dłużej odpoczywać, poza tym ziemia była mokra i nie dało się usiąść. Ruszyliśmy dalej. Najpierw galopem, ale było za zimno. Kusowaliśmy. Opalałam z sił. Zaczęliśmy stepować. Ze wzgórza widziałam nasz obóz. Trzymało mnie przy siłach, moje stwierdzenie, że jeszcze tylko 10 minut. To 10 minut trwało blisko 2h. Dojechaliśmy cali po blisko 11 godzinach. Byliśmy przemarznięci.

Wszystkie posiłki tutaj są na ciepło. Kolacja tez była w formie zupy i drugiego dania. Zjadłam choć nie miałam sił. Cały dzień totalnie nic nie jadłam. Dlatego wiedziałam, że muszę coś zjeść. Poszłam pod ciepły prysznic, a w tym czasie tłumacz rozpalił kominek w mojej jurcie. Było mi już cieplutko.

Całą noc padało. Całą podłogę miałam w wodzie. W środku nocy kapało mi na głowę, nakrywam się pościelą, ale już usnąć nie mogłam. Słońcu zasnęłam.

Rano o dziwo nie bolały mnie mięśnia. Czułam się świetnie tylko zmęczona. Masakrycznie zmęczona.

Ceną bólu zapłaciłam za niepokorność.

Czy warto było? Zdecydowanie tak!

 

Fotorelacja

 

Read 191 times
Joanna Łabeńska

Pilot wycieczek krajowych i zagranicznych, przewodnik po Łodzi i województwie, fotograf.

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Podobne

Dodaj komentarz

 

Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…