CHINY – DWADZIEŚCIA LAT PÓŹNIEJ

Chiny zawsze mnie fascynowały.
Zresztą jak może nie fascynować kraj, którego historia sięga kilku tysięcy lat wstecz
z ludnością, która dziś oscyluje wokół 1,4 miliarda.

 

CHINY – DWADZIEŚCIA LAT PÓŹNIEJ

Chiny zawsze mnie fascynowały. Zresztą jak może nie fascynować kraj, którego historia sięga kilku tysięcy lat wstecz z ludnością, która dziś oscyluje wokół 1,4 miliarda. Kiedy w latach dziewięć- dziesiatych ubiegłego wieku miałem możliwość poznać Chiny z bliska ani chwili się nie wahałem. „Poznać Chiny z bliska” to była oczywiście przesada bowiem to co dobrze poznałem podczas moich kilkunastokrotnych tam wyjazdów to była przede wszystkim ich stolica – Pekin i jego najbliższa okolica, przez co rozumiem – Chiński Mur. Wyjazdy/loty do Pekinu miały wtedy jeden cel – zarobek. Uczestników tych wyjazdów nazwałbym pionierami polskiego biznesu. Biznesu, który wtedy zyskał miano – „walizkowego”, bowiem w jedną stronę zabierało się „twardą walutę”, a do Polski wracało z walizką max. 20 kg (na tyle zezwalał radziecki przewoźnik, czyli Areofłot) pełną chińskich wyrobów bawełniano – jedwabnych. Wymienione wyroby trafiały na polski rynek (czyt. bazary) spragniony takich artykułów jak przysłowiowa „kania dżdżu”. W taki sposób w ciągu tygodnia podwajało się zainwestowaną kwotę i można było ponownie lecieć do bawełniano-jedwabnej stolicy, jaką wtedy był Pekin. Czy to był intratny biznes? Z całą pewnością tak, ale dla takich co umieli i wiedzieli jak należy obracać” kapitałem, aby przynosił zyski. Wielu z nich, tych co znali się „na rzeczy”, założyło później świetnie prosperujące do dziś firmy, które przynoszą im zyski kilkudziesięciokrotnie większe niż jeden lot do Pekinu z walizką towaru na handel. Byli także i tacy, i było nich niemało, którzy nie wiedzieli co robić ze spadającą na nich nagle lawiną kasy i…..popłynęli. Najczęściej kończyli z chorobą zwaną – marskość wątroby (znawcy tematu wiedzą z czego ona się bierze).

Ilość lotów i masowość przywożonych towarów, później już kontenerami, spowodowała, że polski rynek nasycił się bawełną i jedwabiem i zaczął się problem – w co inwestować wywożone pieniądze. Dodatkowo sytuację komplikował fakt, że już nie tylko Pekin był celem takich podróży. Bawełnę zaczęto przywozić z Indii a także z Korei Południowej, choć ta ostatnia oferowała jeszcze inne nie mniej atrakcyjne na polskim rynku towary, jak chociażby znane i cenione swetry z angory.

Doszło do tego, że zamiast przywożonych walizek pełnych towarów, zaczęto wywozić walizki choć może lepsze będzie określenie nesesery pełne „twardej” waluty. Skończył się czas „detalistów” a zaczął czas „hurtowników”.

Nie ukrywam, że i ja skorzystałem z tego „walizkowego” handlu, i choć hurtownikiem nie zostałem, to rodzinę bliższą i dalszą, tudzież przyjaciół i znajomych „ubrałem” w różnoraką bawełnę i jedwabie.

Myślę, że byłem wtedy jednym z nielicznych, którzy oprócz trasy lotnisko – hotel – bazar – hotel – lotnisko poznali nieco Pekin i jego najbliższą okolicę. Odbyłem wiele długich spacerów po ulicach tego miasta, pojeździłem rikszami i lokalną komunikacją (autobusy). Roweru nie używałem, choć fascynujące było oglądanie milionów rowerzystów poruszających się po wszystkich ulicach, dla których wytyczono specjalne pasma ruchu oraz osobne ronda na dużych skrzyżowaniach. Widokiem jak z kosmosu były ….. rowerowe parkingi z tysiącami jednośladów czekających na swoich właścicieli. Byłem na słynnym Placu Tiananmen i w Zakazanym Mieście. Poznałem wiele lokalnych restauracyjek, w których biesiadowali wyłącznie chińczycy a co za tym idzie posmakowałem sporo specjałów chińskiej kuchni. Cały dzień zajęła mi wyprawa na Chiński Mur (ok. 70 km od Pekinu). Mała taksówka, która wtedy była nieodłącznym elementem pekińskich ulic zawiozła mnie do tego „cudu budowlanego” stworzonego rękoma człowieka, który ponoć jest widoczny z kosmosu, ale o tym w kolejnym artykule.

Swoje wrażenia i obserwacje z tych podróży zawarłem w artykułach umieszczonych na łamach pabianickiego tygodnika, które zatytułowałem „Tryptyk chiński” a było to w 1992 roku. W tym samym roku w materiale noszącym tytuł – Chińskie reminiscencje i podtytuł „Kurczy się cały świat” napisałem: „…obserwując codzienne życie mieszkańców Chin mogę stwierdzić, że ciężką pracą zapewniają sobie miskę ryżu i nie tylko…. To, że zamiast samochodów używają rowerów jest tylko pozytywne. Nie wyobrażam sobie gdyby wszyscy przesiedli się na pojazdy mechaniczne. Trudne i tak życie, stałoby się z całą pewnością zupełnie niemożliwe…”. Później dodałem: „..boje się jednak, że za kilka a najwyżej za kilkanaście lat, problem korków samochodowych, smogu oraz innych „dobrodziejstw” cywilizacji stanie się w Pekinie powszechnym…”.

Minęło 20 lat. Na początku drugiej dekady XXI wieku spełniałem swoje marzenia o podróżach pracując w jednym z pabianickich biur turystycznych (PACOTOUR). Dawno już minął czas grupowych wyjazdów biznesowych. Biznes stał się globalny. Nastał czas, że ludzie zaczęli postrzegać świat nie tylko z perspektywy: „ile się da zarobić na takim czy innym  wyjeździe”, tylko z perspektywy: „co da się zobaczyć/poznać podczas takiego czy innego wyjazdu”. Ponieważ nadal Chiny mnie fascynowały stwierdziłem, że najwyższa pora, aby je ponownie odwiedzić, ale tym razem odwiedzić i poznać w znacznie większym zakresie niż tylko Pekin i Chiński Mur.

 

cdn.

 

Fotorelacja

Read 161 times
Andrzej Chałupka

Pilot wycieczek niemalże od 30 lat...

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Dodaj komentarz

 

Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…