GRUZJA – HISTORIA ZAKLĘTA W KAMIENIU CZ. III

Mało kto w Polsce słyszał o Gruzińskiej Drodze Wojennej . To jedyna droga łącząca Rosję z Gruzją a poprzez nią Rosja łączy się z Armenią. 

Mało kto w Polsce słyszał o Gruzińskiej Drodze Wojennej . To jedyna droga łącząca Rosję z Gruzją a poprzez nią Rosja łączy się z Armenią. W górach Kaukazu nie ma innej i dlatego, że ma takie strategiczne znaczenie zwana jest także - Wojenna Droga. Najwyższy jej punkt to tzw. Przełęcz Krzyża (Dżwari) znajdująca się na wysokości 2.379 m n.p.m. Dziś to droga asfaltowa o bardzo dużym natężeniu ruchu zwłaszcza w wykonaniu potężnych tirów. Znana jest od tysięcy lat, ale dopiero  na początku XIX wieku, po podbiciu Kaukazu, prawdziwie przejezdną zrobili ją Rosjanie. Dlaczego Przełęcz Krzyża?  Legenda głosi, że postawił go tam król Gruzji Dawid IV Budowniczy. Krzyż stoi do dziś, ale ten jest już współczesny bo pochodzi z pierwszej połowy XIX wieku. Jest długa na 200 km i łączy Tbilisi poprzez kurort Gadauri oraz Kazbegi (Stepancminda) z Władykaukazem już po stronie rosyjskiej.

Już na samym jej początku spotyka się twierdzę Ananuri, która „strzeże” ten starożytny szlak. Tutaj taka ciekawostka – ponieważ twierdza jak i znajdujący się wewnątrz niej klasztor powstały w XVII wieku, przez Gruzinów za zabytek nie jest uznawana. Tylko 500 lat!!! Prawie nie warta uwagi!!! Ich stanowisku jest w paleni uzasadnione, bo przecież te „prawdziwe” zabytki, jakie znajdują się na ich terenie liczą sobie ponad siedemnaście wieków. Jeszcze jedna ciekawostka. Na straganach jakie znajdują się w każdym „turystycznym” miejscu, w tym także, można kupić znakomity miód z….kasztanów!

Kiedyś Gadauri była maleńką wioską na Wojennej Drodze, gdzie podróżne karawany odpoczywały. Teraz to kurort narciarski z wyciągami, i już niezłą infrastrukturą w postaci bazy noclegowej. Gruzja już od dawna „stara się” o to, aby na jej terenie zorganizowano Olimpiadę Zimową, z tym, że miejscowość w jakiej miałaby się ona odbyć nazywa się Gaduriani.

Na Przełęczy Krzyża znajduje się jeszcze jedna „atrakcja” Gruzińskiej Drogi Wojennej – pomnik poświęcony przyjaźni gruzińsko – radzieckiej, a właściwie radziecko – gruzińskiej, bo postawiony przez Rosjan w czasach Związku Radzieckiego w 1983r. z okazji 200-rocznicy ustanowienia protektoratu Rosji nad Gruzją. „Straszy” swoją wielkością i nie można go zburzyć bo zbudowano go z żelazobetonu. Jego mury służą dziś do umieszczania na nim różnego rodzaju napisów i malunków, niekoniecznie popierających ten „protektorat” i tą „przyjaźń”.

Gruzińska Droga Wojenna jest praktycznie nie do przejechania (śnieg i lód)  w okresie od grudnia do kwietnia, ale w pozostałym okresie przejazd nią dostarcza niesamowitych emocji. Jedną z atrakcji jaką nieczęsto można osobiście zobaczyć jest tzw. wododział. Po przekroczeniu przełęczy widać że strumienie i małe cieki wodne zaczynają płynąć zgodnie z kierunkiem zajazdu z przełęczy. Oprócz rozwijającej się turystyki (narciarstwo czy różnego rodzaju górskie trekkingi), która przynosi dochody mieszkańcom tych terenów, ludzie/górale Kaukazu hodują owce. Na odsłoniętych zboczach gór można dostrzec liczne ich stada.

Po zjechaniu z przełęczy, tuż przed granica gruzińsko – rosyjską znajduje się mała miejscowość Stepancminda (Kazbegi). Na wzgórzu nad tą miejscowością, nazwa wzgórze jest niezbyt adekwatna do jej wysokości – 2.170 m n.p.m., w XV wieku zbudowano klasztor znany jako Cminda Sameba, czyli Świętej Trójcy. Nazwa klasztoru taka sama jak nazwa największej świątyni Gruzińskiego Kościoła Apostolskiego w Tbilisi, ale wielkości nieporównywalne, no i lata budowy też! Do tego jeszcze jedno – trzeba tam wjechać krętą, górską drogą. Kiedy byłem tam poprzednim razem wjazd nią samochodami terenowymi marki japońskiej, ze specjalnie przygotowanym silnikiem dostarczył wszystkim takich emocji, że jak to określiłem - „adrenalinę mięliśmy w czubkach włosów”. Dość powiedzieć, że droga była nie tylko kręta i wąska, ale i na każdy jej metr kwadratowy przypadało „kilka” metrów kwadratowych dziur od małych po olbrzymie. Kierowcy okazali się mistrzem w swoim fachu mijając się z jadącymi z naprzeciwka samochodami dosłownie na milimetry. Uff, jeszcze teraz jak myślę o tamtym przejeździe to kurczowo łapię się za najbliżej stojący mebel, aby nie wypaść…!!! Dziś żadnych atrakcji tego typu nie ma. Krętą, wąską ale wyasfaltowaną drogą podjeżdża się na olbrzymi parking i cała trudność osobistego kontaktu z historią zaklętą w kamień polega na tym, że trzeba podejść pod górę kilkadziesiąt metrów. Wszyscy przewodnicy opowiadają, że z góry tej najpiękniej widać wysoki na  ponad 5.000 m, leżący na granicy Gruzji i Rosji, szczyt o nazwie Kazbek. Dwa razy tam byłem, ale dwukrotnie mgła to uniemożliwiała. Dopiero jak zjechaliśmy do Stepancmindy niebo się rozjaśniło i widać było ośnieżony wierzchołek tej góry.

Sam klasztor, przypominam położony ponad 2.000 m n.p.m., jest czynny do dnia dzisiejszego. Wewnątrz świątyni znajduje się jedyny w swoim rodzaju kamienny ikonostas. Całe wnętrze jest jakby osmalone dymem z palących się świec i kadzidełek. Nie wolno tam fotografować więc musicie mi Państwo uwierzyć na słowo, że widok tego ikonostasu „robi wrażenie” a dodatkowo „czuć” w powietrzu te wieki. Do dziś odwiedzają go wierni i to bardzo licznie o czy świadczy ilość kursujących w górę i w dół samochodów terenowych. Do dziś także żyje w klasztorze kilku mnichów. Wąskie i bardzo niskie wejście w kamiennym murze powoduje, że od początku spotkania z  historią zaklętą w kamieniu pielgrzym czy turysta jest sprowadzony do pozycji oddającej cześć temu miejscu – musi bardzo nisko pochylić głowę, aby znaleźć się sam na sam ze świętością jaka tam emanuje z każdego kąta.

 

Fotorelacja

 

Read 302 times
Andrzej Chałupka

Pilot wycieczek niemalże od 30 lat...

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Podobne

Dodaj komentarz

 

Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…